Close Sidebar close
mamafizjoterapeuta
  • Home
  • Blog
  • O mnie
  • Sklep
  • Materace Fizjomax
  • Instagram
  • Facebook
  • Kawa

  • Home
  • Blog
  • O mnie
  • Sklep
  • Materace Fizjomax
  • Instagram
  • Facebook
  • Kawa
mamafizjoterapeuta
🇵🇱 🇬🇧
mamafizjoterapeuta
    0-3 miesiące 4-7 miesięcy

    KARMIENIE PIERSIĄ – NASZA TRUDNA HISTORIA

    Karmienie piersią i zabawa z pozostałymi dziećmi

    Ostatnia aktualizacja: 28 sierpnia 2025

    Postaw kawę

    Jakiś czas temu, w moich mediach społecznościowych podzieliłam się bardzo krótko historią, która dla mnie, jako świeżo upieczonej mamy, była chyba jedną z najtrudniejszych… Przynajmniej tak mi się wtedy wydawało… Nie podawałam szczegółów, ale opowiedziałam o swoich emocjach, które towarzyszyły mi w początkach mojej mlecznej drogi wtedy, kiedy to na świat przyszedł mój pierwszy synek – Franio.

    Pod postem pojawiła się ogromna ilość komentarzy, a w wiadomościach prywatnych dostałam całe mnóstwo próśb o to, aby opowiedzieć na ten temat coś więcej…

    Wtedy jeszcze nie wiedziałam czy chcę to robić.

    Jednak minęło trochę czasu i uznałam, że jeśli choćby dla jednej osoby, która przeżywa aktualnie to, co ja w tamtym momencie, mogłoby to być wspierające, to warto to zrobić. Mnie brakowało wtedy takiego miejsca i poczucia, że nie jestem w tym sama… Że nikt mnie nie ocenia…

    MOJE NASTAWIENIE/ WYOBRAŻENIA

    Jeszcze zanim zostałam mamą, wiedziałam, że swoją przyszłość zawodową będę chciała związać ze wspieraniem Maluszków i ich Rodziców w początkach ich wspólnej drogi.

    Wiedziałam o tym, że aby robić to naprawdę dobrze, potrzebne są nie tylko umiejętności z „działki” fizjo, ale przede wszystkim… szersze spojrzenie na wszystko to, co dzieje się w okresie okołoporodowym oraz tuż po nim. Bardzo zależało mi na tym, aby podchodzić do tematu w sposób kompleksowy, dlatego zaczęłam kształcić się również w innych dziedzinach.

    Jednym z kursów, który postanowiłam ukończyć był kurs „Problemy w Laktacji”. Cała masa niesamowitej, laktacyjnej wiedzy. Od fizjologii, po wszelkie możliwe trudności i różne sposoby radzenia sobie z nimi… Teoria, ale też wiele godzin praktyki w poradni laktacyjnej… Później wolontariat…

    W pewnym momencie wydawało mi się, że chyba nic już nie jest w stanie mnie zaskoczyć. Ostatecznie… karmienie piersią jest przecież naturalne, więc… teoretycznie… „dla chcącego… nic trudnego”…

    Wydawało mi się, że odrobina dobrych chęci i wiedza o tym, jak poradzić sobie w razie pojawienia się kłopotów wystarczą, aby z powodzeniem karmić swoje własne dziecko…

    Jednak życie nauczyło mnie pokory. Dostałam od losu tak ogromnego kopniaka, że chyba zapamiętam go aż do końca swoich dni…

    RZECZYWISTOŚĆ

    13. sierpnia 2010 roku na świat przyszedł mój pierwszy syn.

    Po wielu ciążowych perypetiach (podejrzewano u niego wady genetyczne) myślałam, że będzie to dzień, od którego wszystko się zmieni… Że po wielu tygodniach niepewności i strachu o zdrowie swojego dziecka wreszcie będę mogła odetchnąć z ulgą. Że niepewność i lęk zastąpi spokój i radość z tego, że wszyscy możemy bezpiecznie spotkać się już po tej stronie brzucha…

    I o ile radość rzeczywiście była ogromna, o tyle naprawdę trudne momenty miały dopiero nadejść… I to ze strony, z której kompletnie bym się nie spodziewała…

    Oczywiście zależało mi na karmieniu naturalnym… Było dla mnie ważne, wiedziałam naprawdę mnóstwo o korzyściach z niego płynących, choć jeszcze przed porodem miałam do niego dość duży dystans. Kompletnie nie widziałam „problemu” w tym, że pewnego dnia mogłabym zacząć karmić inaczej…

    Wiele mam przecież tak karmi – niektóre z własnego wyboru, inne np. dlatego, że stan zdrowia ich dziecka nie pozwala na podawanie pokarmu inaczej niż przez sondę… Te dzieci też są zaopiekowane, szczęśliwe i nawiązują więź ze swoimi najbliższymi… Tak… o tym wszystkim wiedziałam…

    Kiedy jednak przywitałam na świecie Franka, nie wiedzieć dlaczego, w mojej głowie coś się zmieniło…

    Karmienie piersią urosło do rangi najważniejszego zadania, które jako mama mam do wykonania…

    Z perspektywy czasu – koszmar, który przysłonił mi wszystko inne…

    Początki nie były łatwe. Przez pierwsze dni w szpitalu, pomimo tego, że Franek pięknie chwytał pierś i ssał bardzo wytrwale, pokarmu było jak na lekarstwo…

    Tak – wiem… to jeszcze nie czas, nawał powinien pojawić się dopiero za kilka dni… Problem w tym, że… tak naprawdę nigdy się nie pojawił…

    O każdą kroplę mleka musiałam walczyć jak lwica… Pobudzałam laktację wszelkimi znanymi mi sposobami. Po karmieniach stymulowałam piersi laktatorem… najpierw zwykłym, „domowym”, później profesjonalnym – z wypożyczalni. Jednak efekt był mizerny…

    W akcie desperacji skonsultowałam się nawet z doradcą laktacyjnym, ale to spotkanie nie wniosło w moje postępowanie żadnych nowości… To znaczy… to była bardzo dobra, cenna, podnosząca na duchu konsultacja, ale z teorii to wszystko już znałam…

    Przyrosty masy ciała Franka były znacznie poniżej normy dlatego zmuszona byłam dokarmiać go mieszanką. Robiłam to przy pomocy drena przy piersi, ponieważ bardzo zależało mi na tym, aby ssąc, nadal pobudzał laktację…

    Po karmieniach stymulowałam piersi przy pomocy laktatora…

    Gdybym miała podsumować ten czas, to bez wątpienia pierwsze trzy miesiące były dla mnie w zasadzie jednym wielkim karmieniem…

    Pamiętam nieprzespane noce, spalone laktatory i ten dźwięk, który jeszcze przez długi czas wracał do mnie jako senny koszmar…

    Nie wiem jak to przetrwałam. Pamiętam tylko moja ogromną determinację, poświęcenie, krew, pot, łzy i to cholerne poczucie winy, że nie potrafię wykarmić własnego dziecka…

    Ekstremalnie trudne doświadczenie, w którym… zdrowy rozsądek zachował jedynie mój mąż… To właśnie on podnosił mnie i pokazywał, że na karmieniu… świat się nie kończy…

    Karmienie piersią

    CO BYŁO DLA MNIE NAJTRUDNIEJSZE?

    Chyba poczucie bycia ocenianym.

    Tak się złożyło, że kilka moich znajomych urodziło dzieci w bardzo podobnym czasie. Oczywiście karmiły naturalnie… Za każdym razem, kiedy pytały czy „karmię” (nie, no nie karmię, głodzę!) czułam się okropnie…

    I choć jestem przekonana, że nie było w tych pytaniach żadnych podtekstów, to jednak ja sama byłam w takim stanie, że wszędzie doszukiwałam się drugiego dna…

    Wydaje mi się, że byłam o krok od depresji…

    Wiem… z perspektywy czasu może to wydawać się przesadzone, ale… co z kobietą potrafią zrobić hormony i jakieś chore ambicje…

    Pierwsze kilka miesięcy, pierwszy rok, był dla mnie bardzo trudny. Praktycznie zaszyłam się w domu, nigdzie nie chciałam wychodzić, bo wstydziłam się podawać dziecku pokarm przy pomocy butelki…

    Taki trochę lakto – terror, który sama sobie stworzyłam…

    Ale przetrwaliśmy to. I w zasadzie… kiedy już prawie o tym zapomniałam, pewnego pięknego, marcowego dnia dowiedziałam się, że jestem w ciąży po raz drugi…

    KARMIENIE I KOLEJNE DZIECI

    Kiedy zobaczyłam dwie kreski na teście ciążowym, zamiast naprawdę się tym ucieszyć, sparaliżowała mnie myśl o… KARMIENIU…

    Nie wyobrażałam sobie przechodzić tego wszystkiego po raz kolejny mając dodatkowo pod opieką jeszcze starsze dziecko, które przecież również będzie wymagało mojej uwagi…

    Na szczęście miałam całą ciążę na to, aby jakoś to sobie poukładać.

    Mój mąż bardzo mnie w tym wspierał i trzeźwym okiem patrzył na rzeczy, które dla mnie, z racji hormonów, były czasami nie do przeskoczenia…

    Kiedy urodziła się Lili, karmienie było powtórką z rozrywki. Nieprzespane noce, dźwięk laktatora jako senny koszmar i walka o każdą kroplę mleka…

    Jednak było mi ciut łatwiej,

    Z perspektywy posiadania starszego dziecka widziałam, że jest też wiele innych, wspaniałych rzeczy, które mogą się wydarzyć i dzięki którym mogę budować niesamowitą więź z moimi maluchami…

    Oczywiście nadal walczyłam, nadal „dotykały” mnie słowa innych, ale było mi odrobinę łatwiej.

    Podobnie przy Anielce…

    Kiedy na świat miał przyjść Tadzio, moje czwarte dziecko, byłam zrezygnowana.

    W zasadzie… nie nastawiałam się już na karmienie naturalne.

    Jeszcze przed porodem kupiłam duże opakowanie mleka modyfikowanego i butelkę.

    Jednak kiedy się urodził, nie wyobrażałam sobie, że tak łatwo się poddam. Walczyłam, ale już ze zdecydowanie większym spokojem.

    Wtedy też trafiłam na bardzo szczegółowe badania i… niemal przy okazji dowiedziałam się, że… w moim przypadku istnieją medyczne przesłanki do tego, że wykarmienie dziecka wyłącznie piersią jest… praktycznie niewykonalne…

    Nie chcę tutaj pisać dlaczego. Dodam jedynie, że… jestem dość specyficznym „okazem”… Chyba powinnam zagrać w lotka…

    Tak czy inaczej ta diagnoza sprawiła, że spadł z moich barków ogromny ciężar. Taki, który totalnie mnie przytłaczał i nie pozwalał czerpać pełni radości z macierzyństwa…

    W tym roku przywitaliśmy na świecie Kazia…

    Jak wygląda nasza mleczne droga? Bardzo podobnie jak poprzednio – z drenami, laktatorem i mlekiem modyfikowanym w tle…

    Co zrobiłam inaczej?

    Zwróciłam uwagę na to, żeby się przygotować, odciągnęłam trochę pokarmu jeszcze przed porodem, oczyściłam głowę z wyrzutów sumienia i… karmimy się z radością do dziś!

    Karmienie piersią

    JAKI Z TEGO MORAŁ?

    Przede wszystkim taki, żeby się nie zadręczać… Żeby szukać pomocy (przy trudnościach z karmieniem wsparcie doradcy laktacyjnego, logopedy/ neurologopedy czy fizjoterapeuty może być na wagę złota), ale też próbować patrzeć na wszystko, co się dzieje, z szerszej perspektywy. Żeby spróbować zdać sobie sprawę z upływającego czasu i wiedzieć, że kiedyś będziemy na to wszystko patrzeć nieco inaczej…

    Ja zmarnowałam kilka pierwszych miesięcy życia z Frankiem na zadręczanie się. Byłam kłębkiem nerwów, a cały mój stres przenosił się na moje dziecko…

    Teraz wiem, że nie było to tego warte. Mogłam spędzić ten czas spokojniej, bo w zasadzie… nie wiem co bardziej nam zaszkodziło… Ta odrobina mieszanki czy stres, który temu wszystkiemu towarzyszył…

    Oczywiście nie zachęcam Cię do rezygnacji z karmienia jeśli przeżywasz aktualnie jakieś trudności… Po prostu uwierz mi, że za jakiś czas spojrzysz na to wszystko zupełnie inaczej…

    Naprawdę warto złapać zdrowy dystans – i to do wszystkiego, co dzieje się w tym szalonym, poporodowym czasie… Wiem, że nie jest to łatwe, bo hormony nie ułatwiają zadania, ale życzę Ci dużego wsparcia w najbliższych. Przynajmniej takiego, jakie ja sama otrzymałam.

    Jestem ciekawa twojej historii.

    Czy jest coś, co było/ jest dla Ciebie szczególnie trudne?

    Daj znać! Może będzie to wspierające dla innych!

    Każdy maluch jest inny – a Twoje doświadczenia są bezcenne! Kliknij >>>tutaj<<< i podziel się swoją opinią pod tym wpisem.

    Ps. Wszystkie osoby, które mają ochotę zostawić tutaj komentarz w takim stylu, zachęcam np. do poczytania o hipoplazji gruczołu piersiowego. 😪

    *Wpisy mają charakter wyłącznie informacyjny i nie zastąpią wizyty u fizjoterapeuty ani innego specjalisty, dlatego wszelkie wątpliwości koniecznie skonsultuj z osobą, która ma okazję zbadać Twoje dziecko. Dla dobra Twojego Maluszka nie udzielam porad on-line.

    [autopromocja]

    Potrzebujesz gotowych pomysłów na proste, wspierające zabawy z maluszkiem? Sprawdź mój Przewodnik!

    SPRAWDŹ

    Chcesz dowiedzieć się więcej na temat rozwoju, przyjaznej pielęgnacji i zabaw powoli i… KROK PO KROKU? Sprawdź moje kursy on-line!

    Kurs, w którym opowiem Ci o wszystkim tym, co najważniejsze w rozwoju maluszka od narodzin do końca trzeciego miesiąca życia.

    Dowiesz się czego się spodziewać i co powinno zapalić pomarańczową lampkę.

    Nauczysz się jak wspierać naturalny rozwój maluszka podczas codziennych zabaw i pielęgnacji – wszystko bez pośpiechu i presji.

    SPRAWDŹ KURS 0-3

    Kurs, dzięki któremu dowiesz się jak przebiega rozwój maluszka od początku czwartego do końca siódmego miesiąca życia i co powinno zapalić pomarańczową lampkę.

    Nauczysz się jak podczas codziennej pielęgnacji i zabaw dbać o rozwój psychoruchowy dziecka, które staje się już coraz bardziej ciekawe świata.

    Wszystko w przystępnej formie i krok po kroku – tak, aby wdrożenie tych wskazówek w życie było czystą przyjemnością.

    SPRAWDŹ KURS 4-7

    Kurs, w którym opowiem Ci o najważniejszych umiejętnościach, które powinien osiągnąć maluszek w tym wieku.

    Dowiesz się jakie są czerwone flagi fizjoterapeutyczne i nauczysz, na co zwracać uwagę podczas codziennych zabaw i pielęgnacji.

    SPRAWDŹ KURS 8-18

    Moje kursy i e-booki możesz zakupić również w formie VOUCHERA i podarować w prezencie przyszłym lub świeżo upieczonym Rodzicom!

    Wystarczy, że po dodaniu produktu do koszyka, zaznaczysz opcję „KUPUJĘ NA PREZENT”

    CHCĘ KUPIĆ NA PREZENT
    MAŁE RZECZY MAJĄ ZNACZENIE

    Znasz Mamę, której ten wpis może przynieść trochę więcej spokoju? ❤️

    Podeślij jej link. Czasem jedna dobra informacja trafiona w odpowiednim momencie naprawdę dużo zmienia. A każde udostępnienie pomaga mi docierać z rzetelną wiedzą do kolejnych Rodziców.

    WhatsApp → Facebook →
    28 komentarzy
    • Niemowlę siedzi i wybiera pierwsze buciki. Pierwsze buciki dla niemowlaka. Pierwsze buciki do nauki chodzenia
      Pierwsze buciki dla dziecka. Jakie buciki do nauki chodzenia wybrać?

    • Jaki materac dla dziecka? Fizjoterapeuta o twardości materacy dziecięcych.

    28 komentarzy

  • Reply Ania at

    Jestem położną. Wydawało mi się, ze kamienie piersią to tak oczywista dla mnie sprawa (mimo tego, ze widziałam masę wylanych łez przez inne matki z powodu niepowodzeń laktacyjnych)- ale przecież ja to ja ;). Kiedy urodził się mój pierwszy syn zderzyłam się ze ścianą, pokarm był, chęci były, niestety syn nie potrafił złapać brodawki. Ogromne dziecko domagające się jedzenia, narastająca żółtaczka, straszenie długim pobytem w szpitalu jeżeli jeszcze więcej spadnie z wagi, i w tym wszystkim ja, rozczarowana sobą, uważająca dokarmianie mieszanką w szpitalu jako coś co określa mnie jako tą gorszą markę. W moim przypadku walka o utrzymanie laktacji trwała miesiąc. Miesiąc rozpaczy mojej i mojego dziecka, jedynie podobnie jak w Twoim przypadku, racjonalna postawa mojego męża pomogła mi przez to przejść. U nas problemem okazało się zbyt krótkie wędzidełko- podcinane 2x. Po tym czasie karmienie stało się przyjemnością i karmilismy się 2 lata.
    Na deser- moja teściowa która zobaczyła mnie karmiąca syna moim mlekiem z butelki oczywiście była tym widokiem mocno rozczarowana, o czym postanowiła mnie poinformować, a ja w mojej walce o rozkręcenie laktacji cofnęłam się po tej sytuacji o kilka kroków.
    Ściskam mocno

    • Reply Gosia Paleczny at

      Jej… to przeszłaś bardzo wiele. Domyślam się, że podobnie, jak dla mnie, było to dla Ciebie bardzo trudne… Ale cieszę się, że tak długo karmiłaś synka! Mnie nie było to dane. Ściskam! 🙂

  • Reply Alex at

    Nie chciałam być KP, ale mam świadomość wartości mleka matki, że to płynne złoto i conajmniej do tego 6m warto je podawać. Wiem doskonale, że sposób karmienia nie ma żadnego wpływu na więź, oksytocyna uwalnia się podczas kontaktu,przytulania itd., są badania na ten temat. Chciałam być od początku KPI, ale położne namówiły mnie na rozpoczęcie KP tłumacząc, że lepiej rozkręcę laktację, twierdząc, że KPI takie trudne, więc zaczęłam KP (po porodzie jest sie podatnym, te emocje, to wszystko dookoła) i żałuję do dziś. Przygoda trwała około tygodnia zanim przeszłam całkiem na KPI, laktator to mój towarzysz od 9m., lubię go, nie mam dramy z dźwiękiem, nie spinam się ile będę jeszcze miała pokarm (może dlatego nadal mam go dużo pomimo 5 sesji od 3 m), najważniejsze, aby mieć pozytywną i bezstresową energię przy karmieniu dziecka i super, że tata jest włączony w karmienie – mąż jest wniebowzięty karmiąc butelką, tuląc i szepcząc do małej czułe słowka. KP żałuję, bo co najważniejsze ja tego nie chciałam, stresowało mnie, było dziwne oraz bolesne (rany itp.nawet przy osłonkach), krępujące i tym samym niewygodne to ciągłe wyjmowanie na wierzch piersi (serio, wolę już te 2 minuty podgrzać jeśli nie mam gotowego z blatu) dodatkowo dziecko nie chciało- dosłownie wolało jeść z butelki (bobaska z niską masą urodzeniową, więc jej łatwiej szło) a przy przystawianiu płakało, chciało przytulać główkę bez ssania, a położne dociskały te małe usteczka, bo „musi się nauczyć,a nie leniwe do butelki”, koszmar! Nigdy więcej. Nie czułam wtedy więzi,a stres od siebie i dziecka. Nic na siłę – z tym się zgdzę. Szczęśliwą mama to szczęśliwe dziecko – 100% prawdy.

  • Reply Lena at

    Jak ja to dobrze znam… Podziwiam że udało się Pani tyle razy przez to przechodzić i walczyć dla każdego dziecka. Życzę sobie mieć tyle siły… Na razie walczę po dla mojej pierwszej Kruszynki (3 miesiące). Sytuacja niemal identyczna: karmienie piersią, dokarmianie mm przez SNS, laktator – łzy, stres, poczucie winy… Walczę o każdą kroplę! Pozdrawiam wszystkie mamy, szczególnie te, których droga laktacyjna nie jest usłana różami.

  • Reply Monika at

    To bardzo ważny wpis, podzielę się też moją historią, która może też komuś pomoże. Synek urodził się niespodziewanie, przedwcześnie w 34 tc, po urodzeniu trafił do inkubatora z powodu problemów z oddychaniem i zapalenia płuc, walczyłam o każdą kroplę mleka do strzykawki, aby położne mogły mu ją podać. Po 3 dniach z podejrzeniem martwiczego zapalenia jelita został przeniesiony do innego szpitala, ja wypisana do domu i już w drodze powrotnej dostałam nawału pokarmu, zgodnie z zaleceniami położnej odciągałam go i mroziłam. Przez kolejny tydzień odbywałam samotne sesje z laktatorem żeby zawozić pokarm codziennie do szpitala (i zostawiać go na portierni, bo być z synkiem nie mogłam a odwiedzić go przez ten tydzień mogłam tylko raz). Zaopatrzyłam się w super podwójny, elektryczny laktator ale cały czas odciągałam takie same ilości, 40/50 ml łącznie z obu piersi. Myślałam, że mam mało pokarmu bo nie mam przy sobie dziecka i wszystko odbywa się tak mechanicznie. Kiedy mogłam być z synkiem w końcu na oddziale miał już 2 tygodnie, podejrzenie zapalenia jelita nie potwierdziło się, zapalenie płuc minęło i jedynym problemem było teraz rozkarmienie synka, który był karmiony sondą, w szpitalu nikt nie myślał o kp, od razu miała być butelka dzięki której było wiadomo ile zjada, podobno gdy położne próbowały go karmić butelką nie chciał, nie potrafił ssać, jak tylko mama ją podała od razu załapał (może taka moc mam ;)),ale piersi nie chciał. W szpitalu nadal odciągałam pokarm ale udawało się jedynie 20 ml z obu piersi. Widząc te ilości i to, że synek pije już z butelki porzuciłam nadzieję o kp, chociaż nadal jeszcze odciągałam te minimalne ilości pokarmu. Po 4 dniach wróciliśmy do domu i nagle po 2 dniach w domu po karmieniu butelką synek zaczął szukać piersi, podałam mu ją i zaczął ssać. Ale wiedząc ile pokarmu odciągam stwierdziłam, że nie wykarmię synka i podawałam mu jednocześnie cały czas mm butelką, a pierś była „przy okazji”. W końcu gdzieś usłyszałam, że piersi mogą być „odporne” na laktator i zmieniłam strategię, w każdej porze karmienia podawałam mu najpierw pierś a dopiero potem butelkę z mm, ilości podawane butelką zaczęły się zmniejszać aż w końcu synek w ogóle nie chciał i nie potrzebował dokarmiania butelką. Miał już 1,5 miesiąca, kiedy udało nam sie przejść całkowicie na kp i tak karmiliśmy się do 22 miesiąca życia. I kiedy już laktacja hulała na dobre, gdy chciałam odciągnąć pokarm idąc np.do fryzjera udawało mi się ściągnąć ledwo 30/40 ml max co tym bardziej potwierdzało teorię o oporności piersi na laktator. Jeśli chcecie podjąć walkę o kp, to walczcie, nawet w sytuacji pozornie bez wyjścia jest nadzieja. A jeśli nie możecie być kp to pamiętajcie, że ważniejsze jest kto karmi niż czym karmi a bliskość podczas karmienia butelką też jest super.

  • Reply D at

    Rozumiem te uczucia. Przechodziłam to samo przez pierwsze 4 tygodnie po urodzeniu córki…także nie wyobrażam sobie co Pani przeszła przez taki długi czas.
    Teoretycznie się wie, że przecież najwazniesze, żeby po prostu karmic czy mm, czy kp, ale emocje i uczucia to jest co innego.
    Wszyskie hormony pp bardzo zacmiły mój zdrowy rozsądek i odczuwałam ogromną presję.
    Jeszcze w szpitalu doradczyni laktacyjna powiedziała mi „chce Pani karmić?? To musi Pani o to zawalczyć”. Te słowa utkwiły mi w głowie i zamiast pomóc bardzo zaszkodziły, bo córka urodziła się malutka, miała żółtaczkę i była ospały więc nie miała siły jeść, ja również mialam mało pokarmu na początku. Pobudzałam córkę, ale czasem tylko powąchała pierś i zasypiała. Bardzo męczyłam i siebie i ją, bo przecież trzeba walczyć. Wybudzanie, przystawianie, butelka, odciąganie i za 1.5 godziny to samo..
    Jak tylko dokarmialam butelka (kpi) to wracały do mnie te słowa, czułam, że się poddaje, ogromne poczucie winy oraz strach, że się nie uda.
    Na szczęście udałam się do poradni laktacyjnej, gdzie Pani naprawdę mnie wsparła i realistycznie wyjaśniła sytuację oraz plan działałania.
    Udało się i teraz karmię piersią, ale te pierwsze tygodnie były bardzo ciężkie. Z perspektywy czasu myślę, że warto walczyć, ale należy zachować zdrowy rozsądek, bo presja, którą sama na siebie nałożyłam tylko utrudniała zadanie.
    Dodam również, że bardzo pomogły mi osoby z mojego otoczenia, które zmuszały mnie do przerwy od tego szału (skin to skin na kanapie, jakiś lekki serial, dużo przekąsek, wody i zakaz myślenia o karmieniu). Myślę, że te momenty przerwy uratowały moja laktację, bo właśnie wtedy zaczęło mi się samo lać mleko.

  • Reply Asia at

    Ja marzyłam o karmieniu piersią. Kiedy urodził się moj pierwszy syn udało nam się. Oprócz wysokiego crp i małopłytkowości, pojawił się wysoki poziom bilirubiny. Pozostałe wyniki osiągnęły odpowiedni poziom, bilirubina wrastała. Naświetlania niewiele dawały… Włączone zostało naprzemienne karmienie bo, żółtaczka najprawdopodobniej była zw. Ze składem mojego pokarmu i brakiem „dojrzałości” narządów dziecka. Było mleko wyłącznie modyfikowane, karmienie naprzemienne później tylko pierś i znowu powtórka, aż udało się zbić bilirubinę do bezpiecznego poziomu. Trwało to prawie pół roku. Po drodze kolki… ale karmiliśmy sie później wylacznie piersią. Po drodze do karmienia wyłącznie piersia niestety pojawiała się huśtawka hormonów, ciągle złe wyniki bilirubiny, ciągle podejrzenia bakterii u dziecka i totalny brak wsparcia płynący z otoczenia dały w kość. Ciągle testy: „przestań karmić”, „szkodzisz temu dziecku”, „zobaczysz będzie mial przez ciebie chora wątrobę”, „będzie kaleką do końca życia”, ” moja koleżanka miała tak samo i jej kilku letnie dziecko jest teraz przez to znerwicowane”, „szkoda mi twojego dziecka, współczuję że ma taką matkę jak ty”, „odłóż go,wyplacze się i zaśnie”, „nie może tobą manipulować i ciągle płakać”, „co ty myślisz, że kto za ciebie coś w domu zrobi? Odłóż go, niech płacze, a ty więcej w domu rób”.. od jednego z lekarzy usłyszałam nawet „to czemu pani dziecka do słońca nie wystawiała, że żółtaczki dostał”. Oparcie miałam w niektórych lekarzach i mężu. Lekarze przekonywali mnie, że karmienie wyłącznie piersia prędzej czy później będzie dobrym posunięciem, a mąż stał za mną cały czas murem, choć w pewnym momencie zaczął wątpić czy ilość mojego mleka dziecku wystarcza… To mnie dobiło, miałam żal do innych i smutek w sercu, że być może nie potrafię wykarmić swojego dziecka. W moim przypadku pokarmu było na tyle i nie poddałam się. Wróciliśmy do karmienia wyłącznie piersia i karmiliśmy się ponad 2 lata. Po drodze było odstawianie dziecka od piersi na które ani ja ani syn nie byliśmy wogole gotowi i cieszę się że do karmienia wróciliśmy bo każde z nas stopniowo do tego „doroslo”. W drugiej ciąży nadal karmiłam pierwszego syna. Drugi syn również miał podwyższona bilirubinę, ale już spokojniej podeszliśmy do tematu. Kolek nie było i podejrzewam, że oprócz stresu który nam przy pierwszym dziecku towarzyszył przyczyną kolek mogła być słaba wiedzą na temat podnoszenia, odkladania, itd. Drogie mamusie pierwszych jak i kolejnych dzieci, pamiętajcie, że każdy z nas popełnia błędy. Jakbyście nie karmiły, jesteście cudownymi mamami bo kochacie swoje dzieci i chcecie dla nich dobrze. Być może to co robimy teraz i wydaje nam się dobre za kilka lat okaże się niedoskonałe, ale na tą chwilę do tego dążymy i to jest ważne, że każda z nas chce dobrze. Pozdrawiam Was i wysyłam same pozytywne myśli. 🙂

  • Reply Aga at

    Szkoda, że nie trafiłam na ten wpis wcześniej. Pierwszego syna urodziłam 10 lat temu i wtedy porady laktacyjne brzmiały: „o rany, kobieta, a nie wie jak karmić….”, „Jak nie umie, to dać butelkę”. Z powodu strachu, burzy hormonalnej i jak się okazało po roku… Ciężkiej depresji zdałam sobie sprawę, że zmarnowałam rok życia z moim synem na zadręczanie się. Cały czas byłam pod presją laktacyjną otoczenia i dobijało mnie to strasznie. Gdy po 10 latach zaszłam w ciążę, już w innym świecie i realiach związanych z laktacją, zaczęłam się przygotowywać do karmienia piersią. Tak bardzo mi zależało, że znowu radość macierzyństwa została przysłonięta ciągłą myślą o laktacji. Kupiłam masę książek, naoglądałam się filmów, posłuchałam profesjonalistów… Ale życie pisze dziwne scenariusze. Synek został wydobyty że mnie CC, gdyż mój stan się pogarszał. Ciąza donoszona, więc luz. Na stole operacyjnym słyszę ciszę… Synek bez oddechu. Szybka pomoc lekarzy, inkubator, wspomaganie oddychania. Miał zapalenie płuc, przeleżał tydzień w inkubatorze. Już 6 godzin po porodzie, spionizowana, zaczęłam ściągać pokarm dla małego Jasia. Zanosiłam każda kropelkę. Dostałam pomoc laktacyjną jeszcze w szpitalu. Cudowną pomoc, każdego dnia pokarmu było coraz więcej dzięki lakatatorowi odpalanemu co 2-3 godziny. Udręka, ale chciałam dać dziecku to co najlepsze. Po 4 dniach nawał pokarmu – dzięki kangurowaniu małego. Pierwszy sukces. Po tygodniu noszenia pokarmu zaczęła się walka z doradcą o karmienie. Walka! Mały po tygodniu w inkubatorze prawie wogole nie chciał kontaktu skóra do skóry – koszmar. Szło ciężko, okazało się, że trzeba podciąć wędzidełko, ponadto syn ma cofniętą żuchwę, co znacząco utrudniało mu efektywne ssanie. Ale walka trwa. W szpitalu byliśmy 2 tygodnie, ale udało nam się nauczyć karmić – ssać. Powrót do domu. Po tygodniu mały łapie przeziębienie, ja zaczynam się źle czuć – rana po CC zakażona. Ja antybiotyk, mały na butelkę. Dodatkowo przeziębienie. Po 1,5 tyg karmienia butelką syn już nie chce piersi. Walczyliśmy o pokarm 2 miesiące. Ten dźwięk laktatora śni mi się po nocach. Płakałam, załamałam się. Co ze mną nie tak? Pokarm zaczął zanikać. W 3 miesiącu przeszliśmy na mleko modyfikowane. Poddałam się. Miałam już dosyć kolejnego terroru laktacyjnego. Poza tym moje ciało nie reagowało na laktator. Przepłakałam 90 dni życia mojego nowonarodzonego syna. Zmarnowałam 90 dni. Teraz karmię butelką, mlekiem modyfikowanym. Jestem spokojniejsza, zaczynam cieszyć się macierzyństwem. Przezyłam kolejna porazkę, ale chyba szkoda czasu na zadręczanie się. Dobra matka, to nie tylko piersi pełne mleka. Walczyć zawsze warto. Pewnie popełniłam mnóstwo błędów podczas karmienia itp. ale nie warto się dobijać.

    • Reply Jo at

      Czyram i płaczę, bo miałam tak samo. Przepłakałam pierwsze miesiące życia mojej córki. Z perspektywy wiem, że było to zupełnie niepotrzebnie, jednak nie umiałam wyjść z matni walki o kp, które miało być naturalne, a zupełnie nie było. Dziękuję za ten wpis na blogu i za ten konkretny komentarz!

  • Reply Magdalena at

    U nas bardzo podobna historia. Założyłam, że nie ma nic bardziej naturalnego od kp. Od początku Staś nie potrafił złapać piersi, miał żółtaczkę i ciągle spał. Żadnego nawału. Walka o każdą kroplę mleka, laktator po nocach… Od początku dokarmiany mm.
    Przerabialiśmy nakładki, po 3,5 miesiącach nauczył się jeść bez nakładek,ale świat zaczął być tak interesujący, że cycek ssał jedynie po kilka minut. Moja obsesja na punkcie kp byla i jest nadal ogromna. A to nieudane karmienie traktuję jako porażkę swojego macierzyństwa. I też wstyd mi kiedy karmię młodego butlą…Dziś Staśa 6,5 miesiąca i nadal się karmimy piersią. Teraz głównie wieczorem i w nocy,bo za dnia potrzebuje dużo jeść,a w piersiach nadal mało. Próbuję tłumaczyć sobie, że zrobiłam dla niego wszystko co mogłam,ale ten kolec nadal gdzieś pozostaje…

  • Reply Edyta at

    Jestem mamą dwóch chłopców 8 latka i 5 miesięcznego. Po pierwszym porodzie walczyłam kilka dni i się udało z karmieniem przyszedł nawał i to taki, że wykarmiła bym pół oddziału 🤣 Przy drugim synku byłam pewna, że się uda skoro z pierwszym poszło mi dobrze i karmiliśmy się 10 miesięcy. I nagle dostałam kubeł zimnej wody. Synek urodził się ponad 3 tygodnie przed terminem. A nasze karmienie było od początku wielką walką. Nie wykształcił mu się odruch ssania. Cały pobyt w szpitalu walczyłam o każdą krople mleka odciągając laktatorem. Pił z butelki i był dokarmiany. To samo w domu odciagałam mleko na każde karmienie i dokarmiałam mlekiem modyfikowanym jak mu brakowało. Każde przystawienie go do piersi kończyło się nerwówką jego i moją. Aż nagle po 3 miesiącach mój synek pewnego dnia stwierdził, że zacznie ciągnąć pierś. I tak karmimy się już 2 miesiące i teraz „cucuś” dla niego jest najważniejszy. Wszystkie butelki poszły w odstawkę, nawet jak odciągnę swoje mleko to go nie zje z butelki 🤣 tak więc wszystko jest możliwe. Oczywiście też miałam chwilę zwątpienia przy drugim synku, bo jak to może tak być skoro pierwszy jadł normalnie. Wszystko siedziało w głowie u mnie dość długo. Ale jak widać udało się i to po takim długim czasie odciągania.

  • Reply PMKH at

    Ja przed porodem byłam pewna,że będę karmić piersią i uważałam to za oczywistość. Niestety pod koniec ciąży zaczęły się problemy. Malutki przestał przybierać na wadze,a u mnie stwierdzono stan przedrzucawkowy. Poród był ekspresowy przez spadek akcji serca synka i nadciśnienie. Malutki urodził się maly, był donoszony,a ważył tylko 2700 g, do tego był ospały i żółty. W pierwszych dniach nie chciał jeść, spadał na wadze, musiałam dokarmiać go mieszanka, rozpoczela się walka o pokarm, laktator, pobudzanie laktacji. Całe noce nie spałam, odciągałam, myłam, karmiłam. Za każdym odciąganiem coraz więcej lez, bo pokarmu coraz mniej. Próbowałam nakładek, które częściowo pomogly. Wszystko zawdzięczam jednej położnej, która wytłumaczyła mi co i jak mam robić i uratowała mi laktacje. Po wyjściu że szpitala do tej pory karmimy się piersią,ale mam obsesję na punkcie wagi synka i karmienia. Pierwszy okres był dla mnie koszmarem fizycznym i emocjonalnym. Ściskam wszystkie mamy, niezależnie od tego jak karmią ❤️

  • Reply Kama at

    Dziękuję! Ogromnie potrzebny wpis. Przez tą presję karmienia naturalnego i hormony po porodzie również miałam problem i to głównie w mojej głowie tak myślę po czasie choć u nas łatwiej bo po 6 tygodniach walki karmimy się efektywnie l. Ale ile to łez i bólu było na początku bo młody płytko chwytał pierś a po porodzie dostałam go dopiero na drugi dzień i oczywiście każdy naciska na karmienie naturalne a sami go dokarmiali na starcie butelka w szpitalu… Jedni kazali dokarmiać mm bo spadał z wagi, laktacyjne zdziwione że z butelki tyle zjada że to za dużo a człowiek w tym wszystkim czuł się bezsilny.
    Tam położne laktacyjne nie wiele pomogły, przy wypisie jedynie nacisnęła pierś i pokarmu miałam dużo więc to przyczyniło się do mojej walki ale powrót do domu z dzieckiem które nie jest w stanie złapać piersi nie ułatwiło. Każde przystawianie do piersi to była walka z nim i przeraźliwy płacz więc w końcu podawałam mm i zaczęłam odciągać. Dopiero po około 3 tyg był całkowicie na odciagnietym pokarmie i powoli właśnie już ze spokojną głowa zaczęłam go przystawiać. I choć wcale nie chciałam karmić piersią to i presją dookoła i właśnie kwestia „wykramienia własnego dziecka” kazała mi walczyć. Ale dzięki temu karmimy się juz tylko piersią i jestem z siebie dumna!
    Tule mocno i podziwiam bo nie wiem czy ja drugi raz bym dała radę przez to przechodzić.

  • Reply Weronika at

    Cały opis to jakby moja historia. I te same emocje mi towarzyszyły gdy walczyłam o KP. Tez wstydziłam się wyciągać butelkę, czułam że wszyscy się na mnie patrzą i oceniają (bzdura). A przed porodem nawet niezbyt chciałam KP. A po porodzie nagle się coś odmieniło. To chyba hormony tak działają. Ostatecznie moja mleczna droga trwała 6 mcy, dłużej niż się zapowiadało ale nadal czuję niedosyt i smutek, bo lubiłam karmić piersią mimo wszystko.🥲

  • Reply Żaneta Nowacka at

    Urodziłam 26.03.2023- nagła CC bo planowanym SN (3razy wywoływany , za 3razem 11 godzin skurczy).
    Po CC I narkozie , ja dochodząca do siebie dostawili mojego synka – i ssał . Myślałam sobie wtedy „jezuuu karmie !”. Byłam mega dumna i szczęśliwa .
    Na takim ssani minął nam nasz pierwszy dzień . Drugiego dnia mój synek spał jak zabity , okazało się że owszem ssał ale nie zasysał wiec był głodny. Dodatkowo wdała się zoltaczka – i wtedy usłyszałam od jednej z położnych , że to moja wina bo nie sprawdzałam ile dziecko zjadło.
    I wtedy jak wiadro wody , przeogromne wyrzuty sumienia , płacz i walka z laktatorem.
    Ale to był właśnie moment kiedy powiedziałam ” o nie , nie dam się zwariować ”. Zaczęłam dokarmiać synka mm i tak jest do dziś. Karmie mm a tyle co ściągnę doleje do butelki.
    Nie żałuje i nie mam wyrzutów sumienia ale to Tylko dzięki takim postom jak ten . Czytam inne historie kobiet!
    Jestem najlepsza mama dla mojego synka ! Czy to z MM czy z cyckiem !

  • Reply Marta Kostro at

    Pani Małgosiu, jest Pani prawdziwą bohaterką – dziękuję, że dzieli się Pani swoją historią (i to x5!) z innymi, to bardzo pomaga 😊
    U nas przez pierwsze 2 miesiące również ostro walczyłam o karmienie piersią. Jednak wiedzy nie miałam żadnej, przed porodem nic o laktacji ani o karmieniu piersią nie wiedziałam, wydawało mi się, że dziecko po prostu chwyta pierś i już 😅 Jakie było moje zdziwienie i smutek, gdy mój synek nie potrafił uchwycić piersi (u mnie problemem były płaskie brodawki). Na szczęście rodziłam w szpitalu, gdzie była doradczyni laktacyjna, jednak pierwsze 3 dni były koszmarem. Urodziłam w czwartek wieczorem, w piątek zajrzała doradczyni, która kazała „próbować, próbować i jeszcze raz próbować” i to by było na tyle. Synek nie umiał ssać, ciągle płakał i spadał na wadze. Przez weekend nikt nie umiał mi pomóc, ani doradzić (doradczyni pracowała tylko w tygodniu), położna wmawiała mi, że nie mam pokarmu albo że synek nie ssie, bo to chłopiec i mu się nie chce walczyć o przetrwanie (sic!) – a ja w tym wszystkim byłam sama, pełna emocji i bezradna. W sobotę sama poprosiłam o dostęp do laktatora szpitalnego i jakoś na czuja próbowałam pobudzić laktację, ale robiłam to nieumiejętnie, bo nie wiedziałam jak. Nie spałam wcale przez pierwszy tydzień po porodzie tylko ciągle odciągałam pokarm laktatorem i karmiłam synka z butelki swoim mlekiem (gdybym wiedziała, że istnieją dreny i nakładki to moje życie byłoby prostsze 🙃). Po powrocie do domu byłam kłębkiem nerwów, zombie i przez stres pokarm straciłam. Bardzo bałam się dokarmiać mm i karmić butelką, żeby synek nie przyzwyczaił się do tej metody. Każde karmienie z butelki powodowało, że czułam się jak zła matka (teraz wiem, że to były hormony i jakiś podświadomy lęk o to, że nie wykarmię własnego dziecka). Moim wybawieniem okazała się doradczyni laktacyjna, którą znalazłam w bazie internetowej, z mojej miejscowości. Ta kobieta-anioł dała mi wskazówki, wiedzę, rozpisała co i jak oraz mogłam do niej zadzwonić zawsze i z każdym problemem. Była moim aniołem przez 2 miesiące i udało nam się doprowadzić do wyłącznego karmienia piersią, bez butelki i bez nakładek 🙂 Ale ile cierpienia, emocji, nieprzespanych nocy i bólu to kosztowało to wiemy tylko ja i mój mąż 😅 W dolegliwościach piersiowych ominął mnie chyba tylko ropień piersi (i to cudem, bo było podejrzenie ropnia). Okropne zastoje, zapalenie, grzybica, zatkany kanalik
    …wszystko przerobione 😉

  • Reply Kasia at

    U nas po baloniku rozpierajacym, 2 Oksytocynach, przebiciu pęcherza płodowego, po 4 znieczuleniach i 12h porodu naturalnego skończyło się pod nożem na cc. I nic dziwnego, że zmęczenie i stres zrobiły swoje i pokarmu było niemal wcale. Zatem mm. Ale po powrocie do domu zawalczyłam, początkowo karmienie mieszane, ale tłukłam laktator, piłam Femaltiker, piwo 0%, wodę i jakoś powoli, powoli rozkręciłam laktację. Problemem były zastoje, a nawet punkcja i ściąganie ropy… 10 miesięcy regularnych bolesnych nawrotów zastojów… Igly, masaże, nagrzewanie, chłodzenie, CDL, kompresy, maści, lanolina… W końcu stale w tym samym miejscu pojawiający się zator rozbił Synek gdy przystawiłam go do piersi „do góry nogami” i jego żuchwa mocniej ściągnęła miejsce, gdzie ten zator powstawał. Od tamtej pory nie zdarzył się ani jeden kolejny… Karmimy się z powodzeniem ponad 13 miesięcy i żadne z nas nie odpuszcza, choć rozszerzyliśmy dietę. Biorąc pod uwagę, że ja byłam karmiona piersią około tygodnia, a potem rozgryzłam mamie brodawki (zbyt płytko przystawiała), stan zapalny antybiotyk i gubienie pokarmu (tak to robili w latach 80.), to przyznam, że sama byłam z góry przekonana, że u mnie też będzie problem. I był. Inny, ale był. I dopiero gdy puszcza głowa – dużo problemów się rozwiązuje. Polecam terapię online z psychologiem, może nawet mądre wsparcie się lekami, byle samej siebie nie zapędzić w kozi róg, bo to zawsze jest ze szkoda dla całej rodziny: matki, dziecka i ojca naszego Maluszka.
    Wspierajmy się, Kobitki, zamiast oceniać. Każda historia jest inna, każda ważna I jedyna w swoim rodzaju. Ściskam!

  • Reply Marta at

    Jejku, pamiętam gdy w dniu publikacji czytałam ten wpis z dwutygodniowym synkiem przy piersi. Te emocje były mi wtedy bardzo, bardzo bliskie.
    Uważam że w naszych szpitalach jest ogólny, szerokopojęty lakto-terror, kreowany przez personel. Slyszalam już niejedną taką historię w bliskim mi otoczeniu. Sama również jestem jego ofiarą.
    U nas z kolei synek miał problem z uchwyceniem brodawki. Przez pierwszą noc w szpitalu płakał prawie non stop, a ja nie umialam go przystawić. Dzwoniłam, prosiłam o pomoc. W końcu zrezygnowałam, a mały zasnął, pewnie ze zmęczenia. Do tej pory boli mnie serce, gdy o tym myślę.
    Na drugi dzień dostał mm, a ja poczułam ze odniosłam największą porażkę życia. Przecież tak sie do tego przygotowywałam. Tak bardzo chciałam zapewnić mu to co najlepsze… i nie potrafiłam…
    Co ciekawe, przed porodem również myślałam sobie „nic na siłę, jeśli się nie uda to trudno”. Co hormony robią z glowa… to jakaś masakra.
    Pamiętam tylko wizyty położnej z rana i pytanie „no i jak z karmieniem?” I ten wzrok pogardy, gdy prosilam o mm. „Niech pani próbuje, bo inaczej nic z tego nie bedzie”, „nic pani w tych piersiach nie ma” – słyszałam.
    No ale zawzięłam się, czekałam tylko az wyjdziemy ze szpitala, laktator chodzil prawie non stop (przynajmniej z tym w szpitalu nie robili problemu) i udało się. Co prawda przez nakładki, ale mały rośnie zdrowo i to jest dla mnie najważniejsze.
    Dlaczego funduje sie to kobietom w tym i tak wystarczająco trudnym dla nich momencie?

    • Reply Gosia Paleczny at

      Marto, dziękuję, że podzieliłaś się tutaj swoją historią. Myślę, że może pomóc wielu Mamom, które przeżywają podobne trudności… <3 Tak... ja też boleśnie tego doświadczyłam... Cieszę się, że to już za Wami!

      • Reply Maria at

        Ja wykarmilam po ponad rok dwóch starszych synów( chodź też z wielkimi problemami na początku i walką) a przy trzecim dziecku miałam depresję i mleka było malutko, mały spał przy piersi i nie umiał się najeść bo było mu za ciężko i za mało. Odciągałam mleko 5,5 mca i dokarmiałam mm. Teraz czwarta ciąża i dopada mnie stres jak to będzie. Kiedy przed porodem Małgosiu odciągnęła mleko? Czy to nie wywoła porodu ? Jak to zrobić?czy to pobudzi laktcje zaraz po porodzie ?

  • Reply Anonymous at

    Super że się tym podzieliłas! Moje dziecko ma 9m, karmię dalej piersią i patrzę z wielkim podziwem na samą siebie w pierwszych trzech miesiącach życia syna. Ja nie miałam pokarmu, on nie bardzo umiał złapać pierś więc używałam nakładek, dokarmialam mm i po tym wszystkim odciagalam laktatorem. To były jedyne noce gdzie syn w miarę dobrze spał (dziś już nie jest tak kolorowo 🤣), a ja w tym czasie siedziałam po nocy w salonie odciągając pokarm żeby właśnie ten dźwięk go nie budził. Każde podanie butelki traktowałam jako porażkę, co że mnie będzie za matka skoro nie potrafię nawet wykarmić dziecka. Mi bardzo pomogła położna, która wierzyła we mnie, doradzała ale też podnosiła na duchu mówiąc daj już dziś butelkę, wyśpij się, jutro popracujemy nad laktacja. Po ok dwóch miesiącach nie używałam już nakładek i nie dokarmialam mm także trud się opłacil. Dla mam, które mają teraz trudności i to czytają jesteście najlepszymi mamami dla swoich dzieci! Nie poddawajcie się od razu, szukajcie wsparcia, pamiętajcie, że podanie mm nie czyni z nikogo gorszej mamy.

  • Reply Mela at

    Hmm ja chyba też nałożyłam na siebie taki laktoterror 😉 jeszcze przed ciążą miałam problemy z prolaktyną i musiałam ją obniżać lekami… Potem zaplanowana ciąża, więc tabletki musiały iść w odstawkę. Pokarm pojawił się jeszcze przed porodem…więc w sumie cieszyłam się, że z karmieniem nie będzie problemu. No i nadszedł ten dzień kiedy syn przyszedł na świat. Niestety choć mogliśmy razem spędzić pierwsze 2 h i nakarmić się ten pierwszy raz…to syn musiał trafić do inkubatora na kilka dni. Badania, leki…i to, że szukali przyczyny pewnych objawów, doprowadziły mnie do takiego stresu, że pokarm zanikł. Próbowałam odciągać ręcznie (położna pokazała jak, ale średnie te jej rady były, bo potem dowiedziałam się jak robić to prawidłowo) , laktator szpitalny miał uniwersalny lejek, po którym bolały mnie sutki…odciagały się dosłownie krople, a ja ryczałam jak bóbr, bo chciałam dać dziecku coś swojego, żeby nabrał siły, miał różne przeciwciała przekazane odemnie. Kupiłam nawet swój laktator i oglądałam filmy, które miały mnie rozśmieszyć, żeby w końcu to mleko się z odblokowało, syna nie miałam w swojej sali. Nie wiem jakim cudem przetrwałam te 3 doby, donosiłam dla niego na oddział choćby 5 ml, za które położone i lekarz mnie chwalili. Chyba tylko dzięki temu, że nie krytykowali ja nadal próbowałam, aż w końcu był nawał…zapalenie, grudki…nadal w szpitalu, bo nasz pobyt się przedłużył. Udało się,że w 5 dobie mógł trafic do mnie na salę. Syn raz przystawiał się ok , raz nie (zwłaszcza jak moje piersi były jak kamienie), wtedy w ruch szły nakładki. Jak się okazało później, nie miałam problemu z produkcją mleka, było go aż nadto … Tryskał na wszytskie strony zalewając syna, syn się krztusil więc co rusz szukałam idealnej pozycji, w której to się nie działo. Nadal będąc w szpitalu na niewwygodnym łóżku i twardym krześle… Odetchnelam trochę w domu po dwóch tygodniach, bo miałam choć swoje wygodne łóżko,pozycja na leżąco po jakimś czasie okazała się najlepszą zaraz obok biologicznej, choć ta nie zawsze była nam dana. Kilka zapaleń, w tym czasie non stop zalewane koszule, ciuszki, dzieco…kraina mlekiem płynąca można by powiedzieć,ale dla dziecka wcale to nie było dobrze. Syn nie nadążał pić i calyvczas krztusil się. Po miesiącu pierwsza stabilizacja. Po 3 miellsiacu 2 stabilizacja już mocniejsza. 5 miesięcy spędziliśmy w łóżku z cyckowymi perypetiami. Wtedy czułam się jak wrak człowieka, nie mogłam wstać, bo syn też najlepiej zasypiał na mnie (problemy brzuszkowe od lykania powietrza). Denerwowało mnie, że nie mogę nic zrobić, byłam wcześniej bardzo aktywna. Pomocy nie miałam żadnej po 2 tygodniach…dopiero po 5 miesiącu zaczęło być luźniej, lepiej. Cieszyć z karmienia zaczęłam się w okolicach 7 miesiąca. To był bardzo trudny czas….ale z perspektywy nie zmieniłabym tego, bo widzę, że jednak tej bliskości syn potrzebował i nadal potrzebuje. Jednak zamiast od bliskich słyszeć „dałabyś sobie spokój, daj butlę”, wolałabym usłyszeć, że to się uda. Musiałam sobie z tym fizycznie i psychicznie sama poradzić.

  • Reply Ola at

    Oj, jak ja się cieszę że trafiłam na ten wpis! U nas historia jest dość podobna. Wyobrażałam sobie kp jako coś naturalnego ale wiedziałam, że jeśli się nie uda to zawsze można podać mm. Kiedy mój synek się urodził okazało się że musi być zabrany na oddział i podłączony do leków. W szpitalu spędziliśmy dwa tyg na diagnozowaniu. Przez pierwszy tydzień nie było nawet mowy o kp… I wtedy to kp urosło do tak wielkiej rangi, że czuję to jako moją najwiekszą matczyną porażkę… Czuje ogromny smutek i wyrzuty sumienia że nie potrafię wykarmić własnego dziecka. Czuje też żal, że nie dane nam było rozpocząć tej przygody od pierwszych dni… Laktatorem udawało mi się odciągnąć 15ml maxymalnie- i to było z obu piersi! Problemy dziecka nie pozwalały na to żeby sobie ssał, musiał przyjmować stałe posiłki. Walczymy tak do dziś: pierś-pierś-mm. I choć wiem że wypija z piersi niewiele i wszyscy mi mówią po co to w ogóle robię, to nie potrafię przestać. Uważam że kp jest cudowne i smutno mi że mi nie jest dane w pełni się z tego cieszyć. Poza tym to poczucie winy gdy wszędzie napotykam slogany”nic nie zastąpi mleka matki”… To nasz początek(2mies)także wiele jeszcze przed nami…

    • Reply Gosia Paleczny at

      Przytulam… doskonale wiem jakie to trudne… Olu wykonujesz ogromną pracę i to jest bezcenne… Trzymaj się ciepło, życzę wytrwałości, ale też łagodności dla siebie. No i oczywiście tego żeby tak, jak u nas, perspektywa czasu wiele zmieniła. Pozdrawiamy!

  • Reply Asia at

    Dziękuję za ten wpis. Też miałam duży problem z karmieniem piersią. U mnie sprawę załatwiłaby szybka konsultacja z neurologopedą, fizjoterapeutą i znającym się na problemach doradcy laktacyjnego ale w szpitalu od lekarzy i położnych dostałam tyle sprzecznych informacji i diagnoz, że nie wiedziałam już co robić i do kogo się zgłosić. Skończyło się na wyłącznym ściąganiu pokarmu i sporadycznie karmieniu piersią a raczej dawaniu piersi do uspokojenia się. Chociaż i to nie trwało wiecznie, bo był okres, że moje dziecko na widok piersi zaczynało płakać. Było mi wtedy bardzo przykro. Było bardzo ciężko, zwłaszcza, że moje dziecko miało olbrzymi problem z rozszerzeniem diety i jak miało roczek to jadło prawie wyłącznie mleko. Przez cały ten czas ściąganie mleka zajmowało mi 4-5 godzin dziennie. To było szaleństwo. Miałam zakwasy i sztywną rękę od ręcznego laktatora. Początkowo sporadycznie dawałam mieszankę kiedy bałam się, że mleka nie wystarczy. Jak unormowała mi się laktacja to MM nie było potrzebne, ale kiedy chciałam trochę odpocząć od ściągania i po kilku miesiącach podałam mm to dziecko nie chciało jeść. Oprócz kłopotów z karmieniem był straszny refluks, jak syn zaczął pełzać to prawie wszystko co zjadł lądowało na podłodze. Często wymioty były wielkości talerza śniadaniowego. Waga prawie się zatrzymała, więc miałam nadzieję, że rozszerzenie diety i gęstsze odżywczo i konsystencyjnie pokarmy to poprawią. Od urodzenia syn nie jadł dużo na raz, najczęściej 100 ml, więc karmień mieliśmy od groma. Niestety początkowo rozszerzanie diety to była jakaś masakra. Krztuszenie się, wymioty, brak chęci jedzenia, płacz na widok łyżeczki, płacz od samego włożenia go do krzesełka. Nawet jak już coś zjadł to po chwili pełzania wszystko lądowało na podłodze. Byliśmy u neurologopedy, bo po pół roku rozszerzenia diety moje dziecko jadło jogurt grecki, zblendowane na gładko owoce i ogórki kiszone. Te ostatnie raczej do pogryzienia i wyplucia. Po konsultacji dostałam masę wskazówek jak poprawić jedzenie, rzeczywiście po kilku tygodniach ćwiczeń i stosowania się zaleceń sytuacja znacznie się poprawiła. Pionizacja znacznie poprawiła ulewanie ale refluks zniknął kompletnie dopiero jak poszłam z synem do fizjoterapeuty specjalizującego się w trzewiach. Okazało się, że miał spiętą powięź wokół żołądka i stąd mała ilość zjadanego mleka na raz i częste cofanie się treści pokarmowej. Po dwóch wizytach refluks zniknął i syn zjada na raz ponad dwa razy więcej niż przed wizytą. Zaraz miną 4 miesiące od wizyty u neurologopedy i fizjoterapeuty od trzewi, od trzech miesięcy ani razu nie widziałam aby mu się coś cofnęło i zaczął to z powrotem przeżuwać, ostatni rzyg był w lipcu. Synek zjada sam jajko sadzone, kotlety mielone, kasze ugotowane na sypko, placki i od jakiegoś czasu surowe jabłka pokrojone na pół lub ćwiartki. Waży coraz więcej, zaczął się z powrotem lekko zaokrąglać. Je 4-5 razy dziennie zamiast 10. Mieliśmy ciężką drogę, ale z pomocą specjalistów udało nam się wyjść z zaszufladkowania go jako niejadek i rozwiązać problemy, które go trapiły. Ile było mojego płaczu, nerwów i martwienia się, że będzie niedożywiony to nawet nie zliczę. Mam nadzieję, że najgorsze w kwestii jedzenia za nami. Mamy dzieci z problemami – szukajcie pomocy. Życzę wszystkiego dobrego w Nowym Roku, powodzenia!

  • Reply Marta at

    Cudownie ze trafiłam na ten artykuł…
    My obecnie mamy problemy z karmieniem, że starszym synem nie było żadnych kłopotów jadł, wręcz przejadał się az wymiotowal….
    Niestety córką nagle po 6 tyg zaczęła pokazywać pierwsze trudnosci i nie potrafiła dostawić się do piersi… do 3 miesieca miała kilka takich trudniejszych dni… nie chciała ani piersi ani butelki wiec tłumaczyłam to sobie brakiem glodu
    .. ale potrafiła nie jeść 10 godzin… później jadła już tylko przez sen, w 5 miesiacu po konsultacji z CDL -o dziwo akurat pieknie bezproblemowo sie dostawila – ale diagnoza skrócone wedzidelka, neurologopeda stwierdziła to samo, szybki zabieg liczyłam ze rozwiąże moje problemy z karmieniem…
    Niestety nie chciała piersi nawet na śpiąco, dostaliśmy zalecenie karmienia butelka odciągniętym mlekiem póki się nie wygoi… butelki też nie za bardzo chciała ale jednak łatwiej, a przy masażach i jej bólu już nie walczyłam o KP…
    Po tygodniu zaczęliśmy próby KP , ale wychodziło tylko KPI, a w nocy KP, w 8 miesiącu przestala chwytac piers, obecnie 9 miesięcy, próbuje zakończyć KPI ale jest ciężko… ona nie akceptuje żadnego modyfikowanego, ani rozszerzania diety, mieszamy modyfikowane z moim żeby jakoś się przekonała… a do tego dokładnie te same trudne emocje które nie pomagają. Wcześniej gdy ktoś mówił o trudnościach w KP nie rozumiałam, przecież to fizjologia… dostałam nauczkę, każde dziecko i każda mama jest inne i mogą powstać inne historie 🙂

  • Reply Kasia at

    O kurcze, szkoda że nie miałaś diagnozy wcześniej, już przy pierwszym synku 🙁
    Ja w sumie patrząc na Twoją historię nie miałam problemów z karmieniem, a i tak te początki były męczące i stresujące. Każdy doradca i położna mówił trochę co innego (jak przystawiać, co ile, czy dokarmiać mm), a jeszcze na początku mleka było malutko i przyrosty tez były za małe. Czasem miałam wrażenie ze ci wszyscy mądrzy ludzie uważają, że przecież powinnam sobie świetnie radzić, dziecko dobrze łapie brodawkę to o co mi chodzi i gdzie jest problem xD
    Domyślam się, że dla Ciebie to musiał być ogromny stres, faktycznie teraz parcie na karmienie piersią jest bardzo duże i mam wrażenie ze ludziom trochę brakuje złotego środka. Jakiegoś takiego zdrowego podejścia – ze jak się da to super, żeby próbować, ale tez przecież trzeba jakoś żyć. A mm to tez nie będzie koniec świata ;p

    Pozdrawiam cieplutko

  • Reply Julita Gozdek at

    Czytając to, aż się popłakałam. Moja droga wyglądała niestety podobnie. Szkoła rodzenia, kursy, doradcy laktacyjni, nakładki, laktatory, produkty przyspieszające laktację, wieczne niewyspanie, ból i krew, a mimo to nie starczało nawet na jeden posiłek. Uczucie skrępowania przed Mężem, który zawsze widział mnie podczepioną „do maszyny”. Byłam po CC, czułam się jak nieudacznik, nie byłam w stanie sama urodzić dziecka, nie byłam w stanie Go sama nakarmić. Coś, co teoretycznie powinno być najbardziej naturalną rzeczą na świecie dla kobiety było dla mnie nieosiągalne. O każdy problem brzuszkowy synka obwiniałam siebie. No i te komentarze innych, niby niewinne… „karmisz formułą…” „mnie też bolało, ale dałam radę”. Niestety, głównie innych kobiet. Gdziekolwiek byłam, od razu się tłumaczyłam, dlaczego karmię butelką, że chciałam, ale że raz zasnęłam na 4h i skończyło się zapaleniem… nieustające poczucie wstydu. Straciłam bardzo dużo jakościowego czasu z moim synem i Mężem, który też lekko nie miał. Dziękuję za Twoją historię! Żałuję, że tak mało jest odważnych kobiet, które nie boją się opowiedzieć, jak laktacja naprawdę może wyglądać. Nikt mi nie powiedział, że mleko należy ściągać całą dobę, co 2h po 15 min każdą pierś, nawet jeśli pokryta jest ranami. Że czasu na sen w zasadzie nie ma, a przecież trzeba jeszcze zając się dzieckiem, o dojściu do siebie po operacji nawet nie wspomnę. Ta presja, która jest wytwarzana w temacie karmienia naturalnego jest przytłaczająca. Przecież wszystkie chcemy dla naszych dzieci jak najlepiej. Tyle, że czasem się nie da. Tak po prostu. Dziś wiem, że zamiast spędzać każdą chwilę na płaczu przy maszynie, lepiej było tulić synka, bo dotyk Mamy to skarb i nic go nie zastąpi. A mleko akurat można 😉

  • Odpowiedź Anuluj

    Podziel się swoim doświadczeniem ❤️

    Masz podobne doświadczenia ze swoim Maluszkiem? Napisz kilka słów. Twój komentarz może być cenny także dla innych Rodziców.

O mnie

 

 

Nazywam się Małgorzata Paleczny. Jestem pełnoetatową żoną, mamą i fizjoterapeutą. Kocham to, co robię i choć moja doba nigdy się nie kończy, postanowiłam założyć bloga.

 

Piszę o rozwoju psychoruchowym dziecka od narodzin, pokazuję sposoby na jego wspieranie, a także opowiadam historie z barwnego życia naszej siedmioosobowej rodziny 😉

Współtworzę cenione przez tysiące Rodziców, zdrowe materace dla dzieci i niemowląt – Fizjomax

 

Wpisy mają charakter informacyjny i nie zastąpią wizyty u fizjoterapeuty, dlatego nie udzielam porad on-line.

[autopromocja]

DOŁĄCZ DO MOJEGO ROZWOJOWEGO NEWSLETTERA!

ZAPISZ SIĘ

WSPIERAJĄCE ZABAWY KROK PO KROKU I W JEDNYM MIEJSCU? SPRAWDŹ FIZJO-BABY-GIMNASTYKA!

ZOBACZ

FizjoMAX – zdrowy i przebadany materac dla niemowlaka (0 – 3/5 lat)

ZOBACZ MATERAC DLA NIEMOWLAKA

FizjoMAX – zdrowy i przebadany materac dla juniora (2 – 19 lat)

ZOBACZ MATERAC DLA JUNIORA
ZOBACZ
ZOBACZ
ZOBACZ
  • Home
  • Blog
  • O mnie
  • Sklep
  • Materace Fizjomax
  • Na prezent 🎁
  • Logowanie do Kursów i ebooków
  • Polityka prywatności

© 2026 Mama Fizjoterapeuta. Wszelkie prawa zastrzeżone.